To już dziś polska premiera animowanego pełnometrażu „Wojny klonów“, kolejnej pozycji z filmowego katalogu uniwersum George’a Lucasa. Na film się nie wybieram, ale skoro TVP2 dla uczczenia premiery przypomina wszystkie części aktorskiej sagi o Anakinie Skywalkerze i jego rodzinie, to ja też się czymś pochwalę.
Początkowo spiritus movens postu miał być mistrz Sifo-Dyas. Śmieszne imię, padające po raz pierwszy w filmie „Atak klonów“, śmiesznym głosem wypowiadane, zaintrygowało wszystkich fanów. Przez internet w 2002 roku przetoczyły się spekulacje o tym kto zacz itp. Może to jaśniejsze alter ego Darth Sidiousa, może to jakiś nieortodoksyjny Jedi, którego misje nie do końca były znane nawet samej Radzie? Tym bardziej tajemniczo, że postać zwała sie na innych etapach scenariusza również Sido-Dyas, co tłumaczono ciasnym spasowaniem klawiszy „d“ i „f“ na klawiaturze wujka George’a. Tajemnice, intrygi, niedomówienia… Nie ma nic lepszego dla twórców i rzemieśliników tzw. wszechświata rozszerzonego. Można to umiejętnie rozdmuchać i zdyskontować — w postaci książek, komiksów, fanowskiej legendy. Tym bardziej, że trylogia prequeli bardzo potrzebuje głębi, chociażby symulowanej tajemniczością. Także, gdyby nie to wszystko czego dowiedziałem się o Mistrzu S-D podczas zdobywania o nim informacji, post miałby tytuł „Mistrz Sifo-Dyas uwielbia krytykować“.
No i generalnie mogę powiedzieć tylko tyle, bo publicznie się jeszcze w tej sprawie nie wypowiadałem. Epizody Gwiezdnych Wojen od I-III to stek bzdur, dużo bardziej niestrawnych niż oryginalna trylogia. Ładne to jest niekiedy, przyznaję, ale ogólnie pełno niekonsekwentnych postaci, które idą na pasku dyrektora fabryki zabawek i gadżetów okołofilmowych. Czy kiedykolwiek słyszano twórcę, żeby przepraszał, że jego film jest „mroczny“, „smutny“ i „przegadany“, jak to miało miejsce przed premierą Epizodu 3 „Zemsta Sithów“? Po prostu jeden z wielu reżyserów, któremu szczęśliwie coś się udało, trafiło na lukę i swój czas, Forrest Gump kultury masowej, Ameryka narodów świata, tytułowany [S]twórcą George Lucas.
Mógłbym tak bez końca :D ale co ciekawe — ten post o tym nie jest :D Cierpliwy czytelniku, oto jego część właściwa!
Dawno temu zaszczepiłem sobie, z pomocą rówieśników i dorosłych, pewien fetysz w postaci kart do gry. Wiązało się to z samą grą w karty, ale także z grafiką, jakością materiału i innymi walorami użytkowymi tych rekwizytów. Wychowany na jednym standardowym formacie graficznym kart z Krakowskich Zakładów Papierniczych doznałem szoku, gdy zobaczyłem i dotknąłem pierwszych w życiu kart produkcji wiedeńskiego Piatnika. Choroba na szczęście z wiekiem słabła, choć nie brakowało ciekawych powikłań — np. „zaprojektowanie“ własnych kart.
Niedawno w sklepie natrafiłem na karty do gry z podobiznami bohaterów tzw.„gwiezdnej sagi“, tłumacząc na język normalnych — „Star Wars“. Nigdy nie darzyłem specjalnym szacunkiem kart z obrazkami, czy to okrągłych z pieskami, czy prostokątnych z gołymi babami, jednak połączenie, wręcz mashup, dwóch ważnych dla mnie rzeczy nie może pozostawić obojętnym. Dodatkowo zachęciła mnie do kupna umieszczona na opakowaniu nazwa Carta Mundi, belgijskiego producenta kart, słynna na całym świecie także z produkcji kultowych karcianek kolekcjonerskich, jak Magic: The Gathering, decipherowa Star Wars CCG, czy moja najukochańsza Middle-earth CCG. „Heroes & Villains“ to produkt oczywiście licencjonowany, skomponowany z udziałem fanów — zatem mogłem się spodziewać samych miłych wrażeń.
Na okładce syn trenuje fechtunek jarzeniówkami z ojcem, miła familijna atmosfera. Jak wiadomo nowoczesna talia kart brydżowo-pokerowych składa się z 52 listków pogrupowanych w cztery kolory plus dodatkowe, dwie lub trzy karty, zwane jokerami. Otwieram pudełko — oczywistym było, że Jar Jar Binks będzie jedną z kart, mało tego, umieszczony był na samym początku talii właśnie jako joker. Za nim piki na których widnieją postaci Jedi i Dobrych z Republiki, na czele z asem Yodą, po nich kiery z klasycznymi imperialistami prowadzonymi przez Dartha Vadera… Za nim pierwszy zgrzyt. Co w towarzystwie postaci z klasycznej trylogii robi ta czarno-czerwona małpa Darth Maul z „Mrocznego Widma“ albo Zam Wessel z „Ataku klonów“, oznaczona literką ku? Trudno, pierwsze koty za płoty. Wypatrujmy gubernatora Tarkina, sprawcę największego ludobójstwa w dziejach w postaci wysadzenia w kosmos planety Alderaan… dopiero jako szóstka kierowa?! Za Jabbą (od biedy można zrozumieć), za Bibem Fortuną i za innymi „tuzami“. Zgroza. W tym momencie było jasne, że mam w rękach bubel z punktu widzenia fana właśnie. Jak można było się domyśleć kara to Źli z Republiki pod przewodnictwem Dartha Sidiousa, w środku talii droidy bojowe Separatystów przemieszane z klonami, z którymi toczyły wojnę, ech… Dla obowiązku dodam, że najsłabszy w starszeństwie brydżowym kolor przydzielono Rebelii. Han Solo jest królem trefl, asiora podziwiać można w galerii poniżej. Na spodzie dwa jokery — Jawowie z Tatooine i Wicket, misiu z Endoru.
Czepiam się logice umieszczania postaci, bo w takie karty i tak gra się bardzo trudno, służą więc one wyłącznie do oglądania, szpanowania w necie, czy oddaniu dziecku na straty. Jaskrawe kolory przytłaczają zdjęcia postaci — karty ciemnej maści [choć strona mocy jasna] mają zielone i niebieskie tła, a czerwone — tła żółte i… też czerwone. Nie ma przy tym konsekwencji, że żółte są np. kara co mogłoby znacząco podnieść ergonomię kart i być może nawet ktoś pokusiłby się o granie nimi w jakąś poważniejszą grę. A tak pozostaje tylko tłuc w wojnę.
Podoba mi się czarne tło, zdjęcia wypadają bardzo dobrze dzięki temu, choć estetyka kart będzie przez to krótkotrwała, podatna na drobne wytarcia. Właściwie nie powinno się wyciągać kart z pudełka ;) W kategorii produktu karcianego jest to duże rozczarowanie, również użyty karton jest raczej pośledni. Cena raczej niewysoka, 12zł. Ale do nabycia nie namawiam.
Chętnie widziałbym takie wydawnictwo zrobione przez profesjonalnych karciarzy, bez wpierdalania się mądralińskich z LucasFilmu, bo nie ulega wątpliwości, że Belgowie zostali tylko wynajęci do wydrukowania całości przygotowanej za oceanem. A mogłoby być tak pięknie — rysowane figury, spójna kolorystyka, małe podobizny w symbolach kolorów na blotkach, brakujący ulubieńcy jak Lobot i Generał Rieekan, a może nawet sam space-emo, General Madine. Dość marzeń — sorry Winetou, biznes is biznes.
Wybaczcie mi te głupie podpisy pod zdjęciami, ale choć raz chciałem się poczuć jak autor kultowej strony starwarsy.pl.•





