Za pół roku, czyli całkiem niebawem, wesołe duszki przyniosą pode drzwi grę Civilization V. Tradycyjnie z tej okazji, stopniowo, przedostają się do publicznego obiegu zajawki, zapowiedzi, tizery i trejlery o najnowszej generacji gry. Na ich podstawie można rozpocząć snucie spekulacji o tym jaki będzie ostateczny produkt. Dzieje się tak zawsze od czasu, gdy Internet zdetronizował prasę jako główne źródło informacji o nowościach.
Jak zwykle przy takiej okazji boleśnie przekonuję się jakim jestem konserwatystą. Od momentu ukazania się pierwszych wzmianek o grze, przyjmowałem punkt widzenia, który zmieniałem dopiero po kilku(nastu) rozgrywkach. Był to zazwyczaj osąd niesłuszny. O ile Civ3 podobała mi się od początku tylko wizualnie, o tyle Civ4 nie podobała mi się ani wizualnie, ani merytorycznie. Ale cóż, zagrać musiałem, bo magia zawierająca się w słowach “jeszcze jedna tura” jest silniejsza niż sen. Poza tym, jak nie znać najszlachetniejszej gry komputerowej? Przychodził jednak moment, gdy umiejętności i orientacja w nowych regułach odkrywała nieznane do tej pory tej zabawy. Dlatego dziś twierdzę, że Civilization IV to najciekawsza gra w jaką kiedykolwiek grałem.
Upór w krytyce także pozostał, bo to co słyszę o najnowszej wersji gry wzbudza moje obawy. Nad grą pracuje jakiś młokos, który w wywiadzie podkreśla, że dzięki wprowadzonej heksagonalnej planszy gra będzie wyglądać lepiej. Dopiero w drugiej kolejności wspomina jaki wpływ będzie miało to na działania wojenne, nic praktycznie nie mówi przy tym o kształcie świata, możliwości grania na tak wymarzonej przez wszystkich zamkniętej, prawdziwej sferze. Wydaje się, że producenci na siłę chcą przyciąć Civkę do ram znanych z gier bitewnych, z liniami frontowymi, ostrzałem “ze wzgórz”. Choć przecież jeden hex musi tu odzwierciedlać sektor wielkości kilkudziesięciu (lub kilkuset) kilometrów kwadratowych, nie szkodzi to we wprowadzeniu limitu – jedno pole, jeden oddział.
Nie podoba mi się także coraz sztywniejsze przypisywanie narodom występującym w grze cech, które mają źródło w dzisiejszym, realnym świecie. I tak Hindusi mają być specjalistami w rozwoju wielkich miast, a Rosjanie w ekspansji terytorialnej. Symulacja dziejów Ziemi ma się zatem odbyć w sposób bardziej zbliżony do znanego z historii powszechnej przebiegu zdarzeń. Oddalamy się przez to jeszcze bardziej od ponadnarodowych grup i strategii jakie rozwijały frakcje w Alpha Centauri, wciąż niedoścignionej pod względem scenariusza grze typu 4X (eksploracja, ekspansja, eksploatacja, eksterminacja).
O takich złych przeczuciach można by napisać całą sagę i sprzedawać w kioskach, ale panika jest zdecydowanie przedwczesna, to nie ten etap. Jednak boję się zmian. Działania wojenne będą miały jeszcze większe znaczenie niż dotychczas, a dyplomacja będzie ledwie instrumentem do wywoływania szerszych konfliktów. Wszak wtedy gra się sprzedaje, gdy amerykański bachor się nie nudzi. Z przyjemnością wszystko odszczekam, gdy okaże się, że rozgrywka wcale nie jest powierzchowna, ani łatwa, ani jednowymiarowa, a twórcom po raz kolejny udało się podnieść umiejętności komputerowego przeciwnika. Ale będzie to niezbity dowód na to, że historia “Cywilizacji” (cywilizacji?) niczego mnie nie nauczyła. ;) ●







Odzewy ze świata