Zaloguj się Registration
Przejdź do treści

It’s 4:13, time for a Dream

Tego dnia, gdy wpadł w moje małe szpony „egzem­plarz pra­sowy“ naj­now­szej płyty The Cure, byłem raczej wredny. W natłoku zbyt wielu wyda­rzeń poświę­ciłem nowym dźwiękom zale­dwie parę minut. Przerzucałem utwory słu­chając frag­mentów i szu­kając zaska­ku­ją­cych dźwięków. Następnie padł wer­dykt: dno. Oto wiel­kość czło­wieka zestre­so­wa­nego. Na szczę­ście póź­niejsze dni przy­niosły opamiętanie.

Zaskakujące to wszystko, gdyż z bez­stron­no­ścią w temacie The Cure zawsze miałem pro­blem. Choć dzia­łania, nie­które wypo­wiedzi i sce­niczny image Roberta Smitha prak­tycznie od zawsze wyda­wały mi się kon­tro­wer­syjne, był to twórca, który przy nie­wielkim wysiłku prze­nikał mój gust na poziomie komór­kowym. Nie nazwałbym jednak muzyki The Cure mianem muzyki Źródła, tej w której odnaj­duję jakąś poza­ar­ty­styczną, men­talną i astralną rów­no­wagę, tak jak dzieje się to na przy­kład przy wcze­snych pły­tach Mike’a Oldfielda. Grupa z Crawley odpo­wiada raczej za per­ma­nentne burzenie rów­no­wagi, za poszu­ki­wania w ciemnej stronie oso­bo­wości. To muzyka równie ważna.

Ta władza Smitha i spółki nad zamy­śle­niem nad tym co nie­mie­rzalne w czło­wieku zaczęła słabnąć po płycie „Disintegration“. Działo się to oczy­wi­ście w funkcji wła­snego doj­rze­wania z dodat­kiem obser­wacji show-biznesu. Przestudiowanie wcze­śniej­szej twór­czości spra­wiło, że zespół zyskał dla mnie miano legendy. Jednak następne płyty nie były coraz lepsze… Musiałem spoj­rzeć na to wszystko ina­czej, wyzby­wając się bez­kom­pro­mi­sowej zapalczywości.

Podstawowy pro­blem to pisanie recenzji aktu­al­nych płyt zespołu poprzez pry­zmat dokonań lat 80. Przypisywanie dziś Smithowi roli pro­roka muzycz­nego i emo­cjo­nal­nego, który jakoby śpi, z leni­stwa jeno się nie wysila, jest wyłącznie nostalgią, pra­gnie­niem auto­ry­tetu, który zawsze będzie prze­szywał swoim zawo­dze­niem mózg i serce, marze­niem byśmy sami byli tacy czu­jący i myślący, jak wtedy, gdy po raz pierwszy usły­sze­liśmy, że „nic nie ma zna­czenia skoro i tak wszyscy umrzemy“. Zadanie zbyt kar­ko­łomne, nikt nie ma w obo­wiązku być naszym pry­watnym wehi­kułem czasu.

Not a bad dreamPrzestańmy ocze­kiwać cią­głej pro­dukcji wiel­kich opusów. Takie rzeczy w kul­turze są wręcz nie­na­tu­ralne. Najwybitniejszych arty­stów zwykle pamię­tamy ze względu na jedno dzieło, które pozwo­liło im wejść do pan­teonu. Reszta to dys­kon­to­wanie suk­cesu — pytanie pod­sta­wowe — czy jest to dzia­łanie wtórne czy twórcze. Mój pogląd brzmi, płyta „4:13 Dream“ należy jednak do poszu­kiwań twór­czych, któ­rych podej­muje się fachura i pre­cy­zyjny rze­miecha, ukryty pod maską mrocz­nego klauna.

Jedna jeszcze infor­macja dodat­kowa. Mimo, że kjurów kocham, to nie jestem tzw. „wiernym fanem“. Olewam pro­mo­cyjne akcje, wyprze­dza­jące prze­słu­chania jakiś ochłapów, nie ulegam histerii wycze­ki­wania na pre­mie­rowy mate­riał. Interesują mnie kom­pletne wydaw­nictwa, jed­nostki pewnej miary twór­czości, jakimi są pełné albumy stu­dyjne. Dzięki temu, że sły­szałem wcze­śniej tylko jeden utwór z całego zestawu, mogłem podejść na świeżo do całości. Czasem cze­kanie popłaca.

Skoro czy­telnik cier­pliwy został uzbro­jony we wszystkie począt­kowe warunki czas przy­stąpić do mozolnej wyli­czanki. „Underneath the Stars“ roz­po­czyna album, z powietrznym kli­matem, skro­biącą po zmro­żonym krę­go­słupie gitarą. Wspaniałe otwarcie, takiego pre­mie­ro­wego utworu dawno nie było. „The Only Ones“ to oczy­wi­ście kolejna odsłona pio­senki w typie „Just Like Heaven“ — chyba naj­lep­szego popwego kawałka w historii grupy, tutaj podana w wariacji à la „High“, z tek­stem prawie ero­tycznym. Do wybit­ności daleko, ale ta sin­glowa kom­po­zycja dobrze roz­kręca album. Wiodący bas w róż­nych reje­strach i buja­jąca melodia „Reasons Why“ sta­nowi tło dla typo­wego mono­logu Pana Roberta o kon­dycji czło­wieka w związku mie­dzy­ludzkim. Trochę takie eme­ryckie, oży­wione elek­tro­nicz­nymi efek­tami w refrenie, gdy nastę­puje jakaś sym­pa­tyczna sesja wspo­mnie­niowa w stylu sex&drugs ;) Ale już pogania nas w następnym wej­ściu dyna­miczny „Freakshow“, zupełnie przy­zwo­icie brzmiący kawałek, dużo cie­kawszy niż pod­czas luto­wego kon­certu, tym razem ktoś („she“ — czyli kobieta) wodzi naszego misia gru­bego na poku­szenie i mani­pu­luje, misiu ma dość. „Sirensong“, kolejny w kata­logu zespołu tytuł ze słów­kiem „-song“, to coś chyba na uspo­ko­jenie znowu, w stylu lek­kich bal­ladek z pogra­nicza „Wish“ i „Wild Mood Swings“, ale gdzie tu mówić o spo­koju — nie­którzy wiedzą jak nie­bez­pieczna może być pół­naga kobieta z rybim ogonem. Widać pewną pra­wi­dło­wość w ukła­dzie utworów, a prze­cież nudzić się nie wypada. Raz kjur taki, raz taki, dla mnie akurat bomba. Wielką siłą tej płyty jest jej róż­no­rod­ność — zde­cy­do­wanie udana. Lekko dark-rockowy „The Real Snow White“ trochę pró­buje bujać słu­cha­czem, ale nie zawsze mu wychodzi. Kolejna kom­po­zycja to aktu­alnie moje cudeńko ulu­bione tutaj — „Hungry Ghost“ — ogólna dyna­mika, malu­jąca tło świetna gitara Porla Thompsona, szczypta ambien­towej, cichej elek­tro­niki. Generalnie te efekty doda­wane do wokalu, pogłosy, znie­kształ­cenia, na całej płycie brzmią bardzo cie­kawie. Do tego bar­dziej uni­wer­salny teksty o pogoni za speł­nie­niem. Wraz z nastę­pu­jącym po nim „Switch“ brzmią jakby żywcem wycięte z płyty „Wish“, wkrada się to roze­dr­ganie i nie­pokój. Tak piszę i się trochę mar­twię, bo mało rzeczy na tej płycie mi nie pasuje, a utworów sporo. „Perfect Boy“ to świetna miłosna bajka o poszu­ki­wa­niach ide­al­nego part­nera, momen­tami muzycznie trochę tra­dy­cyjna, w stylu jakiegoś ame­ry­kań­skiego singla, którym zdaje się utwór ten był. Jeśli pierwsza część płyty była lekko sinu­so­idalna, to druga gru­puje utwory par­kami. „This. Here And Now. With You.“ jest jakby uzu­peł­nie­niem tego co sły­sze­liśmy przed chwilą, z punktu widzenia nie­zbyt per­fek­cyj­nego chłopca, w dodatku car­pre­die­mowca. Ale tylko jakby, inter­pre­tacji może być sporo.

Zbliżamy się powoli do końca. „Sleep When I’m Dead“ to utwór wycią­gnięty z dość głę­bo­kiej szu­flady, kom­po­zycja sprzed ponad dwu­dziestu lat. Nie mamy z resztą gwa­rancji, że inne utwory także nie przy­biegły by ura­tować wie­lo­krotnie prze­su­wany termin wydania płyty. Na koniec parka „The Scream“ i „It’s Over“ — pierwszy spo­koj­niejszy, mono­tonny, nio­sący grozę, znów grają w tle piękne kla­wisze, a Mistrz zaczyna rodzia­wiać się dono­śnie, pogry­wając na prze­sterze jakieś „bli­skow­schodnie“ (przez star­szych zwane „kocimi“) impresje. Eklektyczne to, ale trafia. Drugi — szybszy, gdzie wokal walczy z per­kusją, w kli­macie „Pornografii“ zde­cy­do­wanie. Ostry finał, każe mysleć, że prze­biegło wła­śnie stado zmu­to­wa­nych koni, a nie posłu­cha­liśmy płyty raczej wypa­lo­nego artysty.

Śmiem twier­dzić, że w kate­gorii pro­duk­cyj­niaków, to naj­lepszy album The Cure. Rozważania co jest a co nie jest zali­czane do przed­mio­towej kate­gorii trzeba jednak odłożyć na jakiś nud­niejszy dzień. A czemu taki tytuł całego wydaw­nictwa? Nie śmiem się domy­ślać, ani tym bar­dziej szukać wśród mądrości świata. Pl
astyka wydaw­nictwa — tra­dy­cyjnie nie­przy­tła­cza­jąca, choć i tu jest postęp. Zapytają wszyscy — nie można było dać roz­ma­rzonej czwórki dla tej trzy­nastki utworów i iść wcze­śniej spać? Odpowiem, że oczy­wi­ście. Dzięki Robas, masz czwórkę, prawie z plusem (4.25).


Krótki link do tego wpisu: http://ymk.in/413
  • jack

    Dobra Plytka :-) !!!!!!!!!!

Odzewy ze świata

Losowe wpisy

Subskrybcja//syndykacja

Najświeższe wpisy z Ainunau.net prosto do Twojego czyt­nika RSS.
RSS jest głupi? Skorzystaj z alter­natyw:
uaktualnienia na mail@marciooFacebook PageiGoogle