Debiut Polski na arenie finałów Mistrostw Europy przypadł w jednym z nafajniejszych szwajcarskich miejsc, w Lucernie, zaraz nad jeziorem, nieopodal głównego dworca kolejowego, w muzeum sztuki współczesnej. Proszę, proszę, jaki to świat jest mały. :)))
Losujemy, losujemy… i.…? No i szczerze byłem przekonany nieuchronności spotkania Szwajcarii jako naszego rywala, ale wyszło jeszcze lepiej i będziemy, tym razem, zdobywać Wiedeń. Niemiaszków i Hrvatskę ciutkę wykrakałem. Zobaczymy jak to będzie — źle nie będzie, przy tych niesnaskach na linii trener-zawistnicy i przy tym poziomie renomy polskich graczy i tak doświadczyłem cudu awansu. Bardzo miło.
Do Austrii też bliżej, choć kolega wyleczył mnie z marzeń o pojechaniu na mecz. Podobno zdobycie biletów ma być jeszcze trudniejsze niż na mistrzostwa w Niemczech w 2006. W każdym razie, Klagenfurt trochę się powinien zacząć zbroić, jeśli ma ochotę miło i bezkolizyjnie spotkać naszych rodaków, którzy podniecają się odwrotnie proporcjonalnie do sytuacji.
Inne grupy są piękne, jak zwykle Holandia w grupie śmierci, ale to nie ich wina, że pierwszy koszyk był nim tylko z nazwy. Ciekawe czy Hiszpanie tym razem pogonią rywali — okazja chyba jest wyjątkowa.
I tak na koniec: jakie jest prawdopodobieństwo tego co się stało z przydzielaniem numerów drużynom w grupach? Dawno nie byłem w szkole… Zastanowię się :)







Odzewy ze świata