Pod koniec lat osiemdziesiątych w “Magazynie Muzycznym” zaprezentowano cykl “Moje 10 płyt lat 80”. Co miesiąc jeden z redaktorów opisywał albumy, które wyznaczały trendy muzyczne tamtego okresu. Korzystając z tego, że “MM” od dawna nie istnieje, postanowiłem podkraść i uwspółcześnić ten znakomity pomysł.
Wyjątkowość listy polega na tym, że nie jest to ranking. To raczej opowiadanie (krótkie, powiedzmy trzytwitterowe) o każdej z płyt, bez szeregowania i porównywania. Po prostu 10 najważniejszych i moich. Przedstawię je w kolejności ich poznawania; w nawiasach podałem daty wydania.
“Bloodflowers” The Cure (luty 2000, wiki). Tytułowy utwór był pierwszym jaki usłyszałem. Zaintrygował mnie początek na zefektowanych bębnach. Ale potem Robert znowu użył swoich słów-kluczy “dream”, “girl”, “end” i pomyślałem, że cienizna, że kolejna ściema i udawany płacz klauna w czarnej rozedrganej grzywie. Ale całość, nienagannie wyprodukowana, zabrzmiała niezwykle świeżo, z marzycielskimi gitarami i malowniczymi klawiszami, albo odwrotnie – coś jak za czasów Disintegration. W każdym prawie utworze znalazłem coś wyjątkowego. Aż przesadziłem z ilością odtworzeń i zniszczyłem magię. Ale pozostała pamięć i szacunek.
“Things To Make And Do” Moloko (październik 2000, wiki). Zespół Marka Brydona i Róisín Murphy był pewniakiem. Był potrzebny by wyrwać się z supremacji 4AD, art-rocka, smutnych poetów i napalonych proroków. W obliczu utrudnionego dostępu do nowej muzyki, był światełkiem w tunelu. Dzięki zaskakującemu brzmieniu, nowatorskim formom, grającemu na różnych emocjach wokalowi, plecak na muzyczną wycieczkę został opróżniony i przygotowany na nowy ładunek.
“Navigating By The Stars” Justin Sullivan (styczeń 2003). Macierzystą formację Sullivana — New Model Army traktowałem z biegiem czasu coraz mniej poważnie, nie proponowali nic przełomowego, ich siła oddziaływania malała. W takich okolicznościach solowy album lidera był wielkim zaskoczeniem. Nie jest to dzieło epickie. Wręcz przeciwnie, to zbiór ballad, czasem trochę bardziej dynamicznych, z motywami morskimi, fantastycznymi, podróżniczymi. Takie lepsze szanty. Polecam wszystkim facetom wyjeżdżającym w delegacje jako muzykę utylitarną, na prezent dla kobiety. Dziewczyny zasłuchane w Justinie nie będą się czuły samotne. Przynajmniej dopóki nie przesłuchają płyty do końca — potem będą albo spały, albo szukały żywego samca ;)
“()” Sigur Rós (październik 2002, wiki). Gdy posłuchałem “nawiasików” zdębiałem. To była muzyka z innej planety. W moim pojęciu takich dźwięków nie wydawało się na płytach nigdy. Majacząca muzyka? Owszem. Ale ilość możliwych interpretacji porażająca. Słowa są bez sensu.
“Agætis byrjun” Sigur Rós (sierpień 2000, wiki). Islandia atakowała słuchaczy na świecie już od lat 80. za pomocą Sugarcubes, a potem Björk. Jednak dopiero kwartet Sigur Rós potwierdził ostatecznie, że na wyspie gejzerów statystyczny geniusz muzyczny rodzi się częściej niż we Wiedniu. Moja dekada początku XXI wieku dzieli się na Sigurów i resztę świata. “AB” to de facto płyta wydana w roku 1999, ale świat poznał ją dopiero w sierpniu 2000 roku wraz z wydaniem płyty w Wielkiej Brytanii, dlatego album do zestawienia włączyłem. Purystom pragnę donieść, że jeśli skreślimy tę płytę z zestawienia ze względu na datę wydania, to całe zestawienie traci sens. Porażające dźwięki, raz smutne, raz optymistyczne, jak w życiu. Tę muzykę zgłębia się jak fantastyczną podróż albo z niesmakiem wyłącza po dwóch minutach.
“Hopes And Fears” Keane (maj 2004, wiki). Zastanawiałem się długo, która z dwóch pierwszych płyt brytyjskich mistrzów popu powinna się tutaj znaleźć. Początkowo miała to być druga w dorobku grupy duża płyta “Under The Iron Sea”, gdyż moja przygoda z ich muzyką zaczęła się właśnie od niej. Oferowała głębsze brzmienie, więcej melancholii (jeszcze więcej?), poruszające teksty, chwytliwe melodie. Ale przekonałem się że “Nadzieje i obawy” są dziełem ponadczasowym. Za lekko szansonistyczną, fortepianową formą ukrył się zbiór genialnych piosenek. W tej kategorii dołączam kompozytora nagrań, Tima Rice-Oxleya do Johna Lennona, Paula MaCartneya, Björna i Bennego. Wielkie dzieło muzyki lekkiej i przyjemnej.
“Our Love To Admire” Interpol (lipiec 2007, wiki) To podobno najsłabszy zestaw nagrań nowojorskiego kwartetu. Do mnie jednak trafił, cały pomysł, poetyka, dynamika i melancholia, różnorodne tempo i prostota. To dzięki takim zespołom jak Interpol śmierć rocka wieszczona na początku dekady okazała się nieprawdą.
“The Flying Club Cup” Beirut (październik 2007, wiki). „Puchar latającego klubu“ to wysublimowany folk, Francuz śpiewający po angielsku (choć naprawdę raczej Amerykanin w Paryżu), ukelele, tuby, trąbki. I ta intrygująca nazwa zespołu. Że niby bliskowschodnie coś to jest? Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi i nie wiedziałbym do dziś, gdyby nie łatwość w pozyskiwaniu informacji. Ale słucha się tego świetnie, jak na deptaku małego miasteczka, gdzie w knajpce nigdy nie brakuje siedzących miejsc. I ciagle się łapię na myśli: przecież ja takiej muzyki nie cierpię.
“Finally We Are No One” múm (maj 2002, wiki). Znowu ludzie z Islandii, w dodatku jeszcze większe egzoty niż Sigurzy. Ta płyta jest jak soundtrack do dobranocki. Z plumkaniem pięknie zgranych instrumentów tradycyjnych i elektronicznych, z “dziecinnymi” wokalizami. I znów określić tego nie sposób, przecież nie wystarczy nadanie jakiejś zakręconej nazwy. Dziewczynki i chłopcy grają, my słuchamy.
“Untrue” Burial (listopad 2007, wiki). Angole ochrzcili takie dźwięki mianem hyper dubstep, dla mnie to po prostu dark-dicho. Brzmienie jest często wręcz przygnębiające, jak z jakiejś ciemnej sutereny albo wilgotnej lepianki. Zabłąkane głosy wygłaszają intymne kwestie, powtarzając je w nieskończoność. Łatwo wpaść w kontrolowana hipnozę. I mimo, że nigdy nie próbowałem przy tym tańczyć, jest to genialny wyrób z gatunku muzyki tanecznej.
Koniec wyliczanki. Dla zaangażowanego obserwatora sceny muzycznej nie ma tutaj nic zaskakującego. Ja ze swojego zestawu jestem bardzo dumny, choć nie polecałbym tego melomaniakom mocniejszych brzmień. Cóż poradzę, drodzy Państwo, nastrojowość i oryginalność była przez ostatnie 10 lat w cenie i jest nadal!●






Odzewy ze świata