Mieszkańcy Układu Słonecznego są podzieleni. Wenusjańscy samce i marsjańskie kobiety, “jeżeli nie odwrotnie”, twierdzą, że wspominanie to strata czasu, a już publikowanie tego to skrajny debilizm. Populacja planety Ziemia, karmiona skutecznie informacyjnym przyspieszeniem, także ma coraz mniej ochoty na poświęcanie cennego czasu czytaniu czegoś co nie jest na czasie i jeszcze w dodatku bez obrazków. Na szczęście sytuację uratowały pierścienice i pierścienie z Saturna — im reminiscencje są miłe.
Mija właśnie 7 lat od polskiej premiery filmu “Drużyna Pierścienia”, wyczekanej w bólu z powodu dwu i pół miesięcznego poślizgu w stosunku do cywilizowanego świata, bólu osładzanego rzucaniem gromów w lokalny oddział Warner Bros., w którym śmieszne ludki zajmowały się głównie wykonywaniem rozkazów z Kalifornii. Kampania medialna, okres pierwszego w miarę szerokiego dostępu do sieci, wreszcie najważniejsze, miłość do wspaniałej hobbickiej epopei skutecznie nakręciły moją introwertyczność na chłonięcie wieści i plotek z planu. Dodając do tego resztki naiwności dziecięco-młodzieńczej, w myśl której liczyłem na magię w kinie, na rozrywkowy film trzymający się książki, ale uwspółcześniony, otrzymałem w głowie dobrze odrealniający miks. Niedawno miałem okazję przypomnieć sobie FOTRa.
Zaproponowane zmiany w stosunku do adaptowanego tekstu, takie jak wprowadzenie postaci płci żeńskiej, czy wysłanie na ławkę rezerwowych będącego (również dosłownie) z innej bajki, Toma Bombadila, wydało mi się całkowicie na miejscu. Mniej dotyczyło to odmłodzenia głównego bohatera, ale kompromis wydawał się do przełknięcia. Uderzyła mnie pozytywnie niespotykana dbałość o szczegół — detal kostiumu, scenografia, ciekawe ujęcia. Choć wizje dyskusyjne, były naprawdę ciekawe, krasnoludzki sprzęt Gimlego szczególnie, przywodzący na myśl raczej dark-fantasy rodem z “Warhammera”. Opowieść także toczyła się sprawnie, choć zmiennym rytmem i jak na amerykańskie standardy często sennie. Tym bardziej, że w świecie gonitwy i stresu literacki oryginał zaciera się coraz bardziej w pamięci.
Mimo wszystko jednak traktuję film Petera Jacksona jako niedopracowany. Czasem zbyt czytelne efekty specjalne, czasem jakieś błędy. Rodzący się jak gdyby nigdy nic, z jajo-ziemnych-inkubatorów orkowie. Sam Morgoth, Władca Ciemności, wielopokoleniową hodowlą i upodleniem doprowadził do powstania tej rasy, a Sarumanowi wystarczyło tylko ściąć drzewa z ogrodu na podpałkę i wykopać kilka dziur w ziemi. Pomijam tak obce i skomplikowane dla nowozelandzko-amerykańskiego widza zagadnienia jak utrzymanie i szkolenie takiej ni stąd, ni zowąd armii. Ale pal licho. Gorzej, że w filmie nie czuje się czasu, długiego czasu jaki zabiera chodzenie na pieszo przez wiele mil. Na domiar złego, gdy pod koniec docieramy do Amon Hen wydaje się, że Góry Cienia/Popielne i obwarowany nimi Mordor są o rzut beretem od nas. Niesamowita pokusa by zamiast trzech filmów zrobić jeden. Oczywiście, wynika to z kontekstu konkretnego miejsca akcji, ale po opuszczeniu go czasoprzestrzeń do końca jest już spłaszczona, wygląda dokładnie tak samo. Ten efekt “klaustrofobii” narasta w następnych częściach filmowej trylogii. Wydaje się jakby pół Śródziemia udało się wrzucić do jakiejś hali magazynowej pod Auckland. A wszystko żeby straszne oko przerażałoooooooooooooooo kinomanów, bo jest czerwono-żółte, wysoko, a jednocześnie tak blisko.
Podobała mi się gra aktorów, szczególnie trójki najlepszych, w kolejności zasług — Iana Holma, Seana Beana i Iana McKellena. Sceny pomiędzy Bilbem i Gandalfem są niesamowite, każda jest inna, każda zarysowuje ich postaci z kolejnej perspektywy, a przecież to ledwie kilka minut. To oni ostatecznie przeważyli, że “Drużynę Pierścienia” czasem lubię sobie obejrzeć. Dla klimatu snutych w Bag End opowieści o Pierścieniu, dla sceny z paleniem fajek, dla upadku i odkupienia Boromira.
Tamtej nocy, po wyjściu z przedpremierowej projekcji trudno było coś powiedzieć. Wrażenie było mocne — w końcu “zobaczyłem” świat z “Władcy Pierścieni”. Niedosyt, krytyka pojawiły się później, ale starałem sie być powściągliwy przez wzgląd na moich towarzyszy. Dziś ogień zaangażowania praktycznie zgasł i nie mam go zamiaru na nowo wzbudzać jakimiś zatęchłymi hubkami ze Starego Lasu. Wymyślony przez Profesora Tolkiena świat stał się częścią kultury masowej spod znaku Hollywood. Zasymilowaną, amerykańską wersją post-mitologicznego snu konserwatywnego językoznawcy z Oksfordu.
Dodam jeszcze, że niedługo dotrą do nas jakieś konkretniejsze informacje o ekranizacji “Hobbita”, którego reżyserem ma być Guillermo del Toro, specjalista od wizji ryzykownych i oryginalnych. Do tego oczywiście krótkospodenkowy ojciec dyrektor Peter Jackson sprawujący pieczę. Jeśli nie boimy się pożałowania lub wygnania na bezludnego Plutona to możemy bardzo po cichu liczyć na to, że zaspokojeni sukcesem i kasą twórcy zaproponują względnie niewielką ilość bzdur i uproszczeń, że nie będzie schlebiania otyłym nastolatkom z kraju co oba ma. Tematyka ta zapewne będzie poruszana tu szerzej. Jeśli nie okaże się, że nie warto ruszać, bo już na tym za dużo much siedzi.
- Appendix A & ostatni:
Za rok będzie takaż sama rocznica premiery “Dwóch Wież”, ale pewnie o tym nie napiszę, bo musiałbym sie powtarzać. Koleżanka zapytała mnie onegdaj o wrażenia po projekcji. Gdy skończyłem jej opowiadać o filmie stwierdziła, że to niemożliwe, że po tak druzgocącej recenzji wieże jeszcze stoją ;)
•
Podobno podobne wpisy:



















