Subskrybcja//syndykacja

Najświeższe wpisy z Ainunau.net prosto do Twojego czytnika RSS.
RSS jest głupi? Skorzystaj z alternatyw:
uaktualnienia na mail@marciooFacebook PageiGoogle

Halo ludzie!

  • Blogoid odżywa w nowym miejscu, choć na szczęście, pod starym ardesem. Wszystkich dotychczasowych zarejestrowanych użytkowników, których personaliów nie udało mi się odtworzyć, serdecznie przepraszam i proszę o powtórną rejestrację.
  • Zrezygnowałem z dedykowanej usługi Facebook Connect. Przekazuję autoryzację przez sieci społecznościowe w zawiadowanie systemowi Disqus. Odpowiednie przyciski przy formularzu komentarzy.

Życzę przyjemnego odbioru.

Zaloguj się

Morgoth tkwi w szczegółach

Mieszkańcy Układu Słonecznego są podzieleni. Wenusjańscy samce i marsjańskie kobiety, “jeżeli nie odwrotnie”, twierdzą, że wspominanie to strata czasu, a już publikowanie tego to skrajny debilizm. Populacja planety Ziemia, karmiona skutecznie informacyjnym przyspieszeniem, także ma coraz mniej ochoty na poświęcanie cennego czasu czytaniu czegoś co nie jest na czasie i jeszcze w dodatku bez obrazków. Na szczęście sytuację uratowały pierścienice i pierścienie z Saturna — im reminiscencje są miłe.

Mija właśnie 7 lat od polskiej premiery filmu “Drużyna Pierścienia”, wyczekanej w bólu z powodu dwu i pół miesięcznego poślizgu w stosunku do cywilizowanego świata, bólu osładzanego rzucaniem gromów w lokalny oddział Warner Bros., w którym śmieszne ludki zajmowały się głównie wykonywaniem rozkazów z Kalifornii. Kampania medialna, okres pierwszego w miarę szerokiego dostępu do sieci, wreszcie najważniejsze, miłość do wspaniałej hobbickiej epopei skutecznie nakręciły moją introwertyczność na chłonięcie wieści i plotek z planu. Dodając do tego resztki naiwności dziecięco-młodzieńczej, w myśl której liczyłem na magię w kinie, na rozrywkowy film trzymający się książki, ale uwspółcześniony, otrzymałem w głowie dobrze odrealniający miks. Niedawno miałem okazję przypomnieć sobie FOTRa.

Zaproponowane zmiany w stosunku do adaptowanego tekstu, takie jak wprowadzenie postaci płci żeńskiej, czy wysłanie na ławkę rezerwowych będącego (również dosłownie) z innej bajki, Toma Bombadila, wydało mi się całkowicie na miejscu. Mniej dotyczyło to odmłodzenia głównego bohatera, ale kompromis wydawał się do przełknięcia. Uderzyła mnie pozytywnie niespotykana dbałość o szczegół — detal kostiumu, scenografia, ciekawe ujęcia. Choć wizje dyskusyjne, były naprawdę ciekawe, krasnoludzki sprzęt Gimlego szczególnie, przywodzący na myśl raczej dark-fantasy rodem z “Warhammera”. Opowieść także toczyła się sprawnie, choć zmiennym rytmem i jak na amerykańskie standardy często sennie. Tym bardziej, że w świecie gonitwy i stresu literacki oryginał zaciera się coraz bardziej w pamięci.

Mimo wszystko jednak traktuję film Petera Jacksona jako niedopracowany. Czasem zbyt czytelne efekty specjalne, czasem jakieś błędy.  Rodzący się jak gdyby nigdy nic, z jajo-ziemnych-inkubatorów orkowie. Sam Morgoth, Władca Ciemności, wielopokoleniową hodowlą i upodleniem doprowadził do powstania tej rasy, a Sarumanowi wystarczyło tylko ściąć drzewa z ogrodu na podpałkę i wykopać kilka dziur w ziemi. Pomijam tak obce i skomplikowane dla nowozelandzko-amerykańskiego widza zagadnienia jak utrzymanie i szkolenie takiej ni stąd, ni zowąd armii. Ale pal licho. Gorzej, że w filmie nie czuje się czasu, długiego czasu jaki zabiera chodzenie na pieszo przez wiele mil. Na domiar złego, gdy pod koniec docieramy do Amon Hen wydaje się, że Góry Cienia/Popielne i obwarowany nimi Mordor są o rzut beretem od nas. Niesamowita pokusa by zamiast trzech filmów zrobić jeden. Oczywiście, wynika to z kontekstu konkretnego miejsca akcji, ale po opuszczeniu go czasoprzestrzeń do końca jest już spłaszczona,  wygląda dokładnie tak samo.  Ten efekt “klaustrofobii” narasta w następnych częściach filmowej trylogii. Wydaje się jakby pół Śródziemia udało się wrzucić do jakiejś hali magazynowej pod Auckland. A wszystko żeby straszne oko przerażałoooooooooooooooo kinomanów, bo jest czerwono-żółte, wysoko, a jednocześnie tak blisko.

Podobała mi się gra aktorów, szczególnie trójki najlepszych, w kolejności zasług — Iana Holma, Seana Beana i Iana McKellena. Sceny pomiędzy Bilbem i Gandalfem są niesamowite, każda jest inna, każda zarysowuje ich postaci z kolejnej perspektywy, a przecież to ledwie kilka minut. To oni ostatecznie przeważyli, że “Drużynę Pierścienia” czasem lubię sobie obejrzeć. Dla klimatu snutych w Bag End opowieści o Pierścieniu, dla sceny z paleniem fajek, dla upadku i odkupienia Boromira.

Tamtej nocy, po wyjściu z przedpremierowej projekcji trudno było coś powiedzieć. Wrażenie było mocne — w końcu “zobaczyłem” świat z “Władcy Pierścieni”. Niedosyt, krytyka pojawiły się później, ale starałem sie być powściągliwy przez wzgląd na moich towarzyszy. Dziś ogień zaangażowania praktycznie zgasł i nie mam go zamiaru na nowo wzbudzać jakimiś zatęchłymi hubkami ze Starego Lasu. Wymyślony przez Profesora Tolkiena świat stał się częścią kultury masowej spod znaku Hollywood. Zasymilowaną, amerykańską wersją post-mitologicznego snu konserwatywnego językoznawcy z Oksfordu.

Dodam jeszcze, że niedługo dotrą do nas jakieś konkretniejsze informacje o ekranizacji “Hobbita”, którego reżyserem ma być Guillermo del Toro, specjalista od wizji ryzykownych i oryginalnych. Do tego oczywiście krótkospodenkowy ojciec dyrektor Peter Jackson sprawujący pieczę. Jeśli nie boimy się pożałowania lub wygnania na bezludnego Plutona to możemy bardzo po cichu liczyć na to, że zaspokojeni sukcesem i kasą twórcy zaproponują względnie niewielką ilość bzdur i uproszczeń, że nie będzie schlebiania otyłym nastolatkom z kraju co oba ma. Tematyka ta zapewne będzie poruszana tu szerzej. Jeśli nie okaże się, że nie warto ruszać, bo już na tym za dużo much siedzi.

  • Appendix A & ostatni:

Za rok będzie takaż sama rocznica premiery “Dwóch Wież”, ale pewnie o tym nie napiszę, bo musiałbym sie powtarzać. Koleżanka zapytała mnie onegdaj o wrażenia po projekcji. Gdy skończyłem jej opowiadać o filmie stwierdziła, że to niemożliwe, że po tak druzgocącej recenzji wieże jeszcze stoją ;)

Podobno podobne wpisy:

Rozpropaguj:
  • email
  • PDF
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar
  • Tumblr
dodajdo
blog comments powered by Disqus

Krótki link do tej strony

Ostatnio na blogu

Dziennik 365, 5.9.10
Rok temu rozpocząłem pewien eksperyment fotograficzno-życiowy — dziś po raz ostatni wykonałem i opublikowałem zdjęcie na fotoblogu tworzonym według zasad projektów 365-dniowych. Podstawowe założenie brzmiało: weź aparat, zrób codziennie jedno...

Pył jeszcze nie opadł, 19.4.10
Niesamowity miesiąc. Tak, to trochę obrazoburcze wyrażenie, ale ten kwiecień jest niesamowity. Poza tragediami zdarzają się wspaniałe i radosne przeżycia. Żyję w ciekawych czasach: podróże, katastrofy, manifestacja sił natury, rycerze...

W kraju i na świecie — Liternictwo drogowe, część 4, 16.3.10
Dokończmy i dobijmy temat. Cały cykl nie powstałby, gdyby moją jedyną motywacją było dokopanie jakiemuś urzędasowi z Poznania. Po prostu los zrządził, że poznańskie “pomysły” zbiegły się z kilkoma publikacjami...

Cywilizacja w przededniu kryzysu, 13.3.10
Za pół roku, czyli całkiem niebawem, wesołe duszki przyniosą pode drzwi grę Civilization V. Tradycyjnie z tej okazji, stopniowo, przedostają się do publicznego obiegu zajawki, zapowiedzi, tizery i trejlery...

Tabliczki uliczne — Liternictwo drogowe, część 3, 24.2.10
Zgodnie z zapowiedzią powracam do Poznania. Jesienią pojawiły się w centrum miasta nowe tabliczki z nazwami ulic. Oczywiście, jak się zapewne domyślacie, tutaj także zastosowano krój drogowskazowy, brawa za konsekwencję...