Zgodnie z obietnicą sprzed paru dni postów podzielę się kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi wydawnictwa „Keane Live“. Otóż jest to wideozapis londyńskiego koncertu “przesympatycznego” tria jaki odbył się w londyńskiej O2 Arena. Podczas gigu wykonano dosłownie wszystkie piosenki z dwóch pierwszych albumów zespołu i jest to praktycznie obowiązkowa klamra spinająca ten wielce interesujący okres w historii muzyki, kiedy pop był szlachetny tak bardzo, że zwano go rockową muzyką fortepianową.
Miejsce koncertu dawniej nazywało się inaczej — Millenium Dome. To tutaj odbywały się główne obchody artystyczne towarzyszące zmianie cyferki z przodu roku, co Anglosasi określają mianem końca/początku millenium. Ale nie będziemy wracać do tego żałosnego tematu, wszak było to dawno, było to w poprzednim wieku, a jedyne millenium jakie mnie kiedykolwiek w życiu obchodziło, było związane z pewnym sokołem, pilotowanym przez Corellianina oraz chodzący dywan z Kashyyyk. Miejsce akcji od Sylwestra AD 1999 doczekało się sporego przeobrażenia. Nowy właściciel przerobił ten nieco zapomniany obiekt na jedną z największych hal w Europie, o pojemności 20 tysięcy widzów (16 kafli na koncertach), na dodatek o znakomitej akustyce. To pozwoliło topowym wykonawcom koncertującym w Londynie wynieść się z Wembley Arena, zwalniając tym samym miejsce dla Lady Pank, Dody, czy Beaty Kozidrak, a co ważniejsze — raczyć swoimi występami większe rzesze ludzkie i w lepszych warunkach.
Nie zapominał o tym miłym fakcie frontman Tom Chaplin i co rusz komplementował publikę i dzielił się podnietą z widoku niesamowicie wysokich trybun w hali. Również projektant okładki uznał, że to bardzo ważny czynnik koncertu.
Porzucam jednak ironiczny ton. DVD jest bardzo ładnie wydane — kontrastowe i klimatyczne zdjęcia na czarnym kartonie, liternictwo nawiązujące do albumu „Under the Iron Sea“. Całość dwugodzinnego koncertu uzupełnia dokument o przygotowaniach, podczas którego możemy oglądać chłopaków w mniej zobowiązujących okolicznościach. Dalej mamy trzy filmiki wyświetlane podczas utworów na telebimach oraz zapis przedkoncertowej rozgrzewki. Całość została wizualnie uszorstniona efektem przypominającym ziarno kliszy filmowej. Od strony formalnej brak zastrzeżeń.
[ !SPOILER ALERT! Koncert nie oferuje jakiś wielkich niespodzianek, ale jeśli ktoś lubi być (mile) zaskakiwany, to nie powinien czytać dalej — niestety, spostrzeżenia przerodziły się w opis sytuacji ;)]
Koncert zaczyna się jakby z marszu, muzycy nagrzani, wkraczają na scenę i robią swoje. Otwiera cały set „The Iron Sea“, czyli instrumentalna część utworu „Put It Behind You“. Za konsoletą oczywiście kapelmistrz w białych tenisówkach, czyli Tim Rice-Oxley. Jakieś klawisze, dwa MacBooki, w tym jeden pełniący rolę gitary basowej. Za nim wkracza Richard Hughes, zręczny operator pałek, na finał wchodzi pucułowaty elegancik, czyli wspomniany Tom i pomaga na drugim klawiszu. Publiczność na początek szaleje przy “Everybody’s Changing” odpłacając zaangażowaniem wokaliście zespołu. Wśród widzów równouprawnienie, pewnie nie tylko w sensie płci, ale również i upodobań. Najważniejsze, że zabawa zapowiada się dobrze. Co rusz Chaplin podkręca i podsyca atmosferę podlizując się Londyńczykom, a to że jest dużo ich, a to że są głośni (ale będzie jeszcze lepiej jak będą głośniejsi), a to że jeszcze nigdy się tak nie spocił ;) W “Nothing In My Way” słychać, że chłopaki są świetnie zgrani wokalnie, pięknie współbrzmią i Rich, i Tim. Po ochłonięciu z pierwszego uderzenia dźwiękowego możemy zacząć się rozglądać. Odnoszę subiektywne wrażenie (nie mylić z zakazanym w/na moich stronach IMHO), że scenografia i oświetlenie są bardzo wyważone, nieprzytłaczające. Czasem coś błyśnie mocniej, trochę dyskotekowości zapewniają grafiki na tablicach świetlnych u dołu drugiego piętra trybun. Brzmi zawile, pora zatem ponownie skupić się na muzyce.
Początek koncertu to głównie dynamiczne utwory z obu płyt, jest niesamowicie witalnie. Odpowiednie podkręcenie głośności powoduje wznoszenie rąk i darcie się z zespołem. Nie szkodzi, wraz z nami drą się prawie wszyscy na koncercie i często to słychać. Kompozycje dostajemy praktycznie w identycznych jak studyjne wersjach, tu i ówdzie podrasowane jakimś klawiszowym ozdobnikiem lub inaczej zaśpiewane. Tom co jakiś czas raczy nas mniej lub bardziej interesującymi opowieściami. Pewnie dla psychopatycznych fanów lub czytelników brytyjskiego odpowiednika “Gali” jest to interesujące – dla mnie do przewinięcia. Na koniec pierwszej części ballada “Try Again”, poprzedzona właśnie takim biograficznym wtrętem.
Chłopaki schodzą z głównej sceny i przenoszą się na mniejszą, ustawioną w samym centrum hali. Tom przewiesza sobie pudło, Rich obejmuje jakąś mniejszą perkę z większą ilością przeszkadzajek. Rozpoczynają od “Your Eyes Open”. Brzmi bardziej swojsko, w tym momencie bardziej jadą presleyem niż bitelsami ;) Nad małą sceną zawisa wielka świecąca kula, robi się wręcz kameralnie. Kończy tego mini-seta “Fly To Me”, jedyny utwór spoza albumów.
W trzeciej części z dużej sceny znowu atakują hiciory. Cóż tu pisać, miło się robi słuchając tego. Przed “A Bad Dream” dostajemy pacyfistyczne przesłanie wygłoszone ustami przyjaciela zespołu, którego nazwisko nic mi nie mówi, więc mogę spokojnie je pominąć, facet też artysta. Ciekawa historia — dla mnie to zawsze była pieśń o blaskach i cieniach miłości, a nie wojenna trauma. Wyszło szydło krótkowzroczności (albo długowzroczności). Walczącego typa (“fighting kind”) z tekstu chciałem widzieć mniej literalnie, a bardziej romantycznie. Przy okazji mogę napisać, że w dużej mierze właśnie dzięki temu utworowi i tamtej własnej interpretacji już nigdy nie będę bezstronnym odbiorcą twórczości grupy Keane. Pięknie zadziałał wokalny trójkąt, dwa klawisze i perka plus trzy wokale, obrazek do zapamiętania. Ale oto następuje zaraz hymn tajemnic pod świetnym tytułem “Somewhere Only We Know”. Ludzie śpiewają jak nawiedzeni, istna msza. Potem dyskoteka przy “Is It Any Wonder?”, zdecydowanie za mocno się wczuwam, konieczny łyk wody :D Wygląda, że chłopaki mają dość, żegnają się. Ale nie pozwalają na siebie zbyt długo czekać, przecież jeszcze kilka utworów zostało do zagrania.
Bisy zaczyna Tom z gitarą solo — “Broken Toy”. Potem melancholijny “Atlantic”, wyraźnie na odpoczynek przed “Crystal Ball”, które Tim zaopatrzył pod koniec w niepokojąco piłujące syntezatory. Wreszcie zakończenie, papiury fruwają jak w Boskim Buenos, grają ostatni utwór, publika w podzięce wzorowo współpracuje, szczęśliwi muzycy kończą, ramię w ramię pozdrawiają publikę. Koszule po pracy do wyrzucenia.
Wnioski. Jest to absolutnie pozycja obowiązkowa dla fanów zespołu. Porównując chociażby z mini-występem na Live8 otrzymujemy lepsze brzmienie, wszystkie lubiane (lub mniej) kawałki, a nawet obraz z kamer przemysłowych zainstalowanych na scenie (niby żart, ale zarazem prawda). Po drugie, widać wyraźnie, że Tim Rice-Oxley jest kierownikiem muzycznym, ale jednak mocno schowanym za Toma. Ten z kolei jest urodzonym liderem, choć bardziej przez chęci i sytuację, niż przez dowcip czy charyzmę. Aż
żal, że chłopaki sobie nie podogryzali, nie poczubili się na scenie, mikrofonów przecież nie brakowało. Ale po historiach o potencjalnym rozpadzie grupy może lepiej nie wywoływać wilków z kliszy. Na tym tle bardzo pozytywnie odebrałem Richarda Hughes’a –- nie jest to zwykły sideman, jak o sobie mówi “jedynie bębniarz Keane’a” — widać, że to rzeczywiście kumpel, pełnoprawny członek (pałkarz?) kapeli i do tego bardzo poprawny chórzysta. Spróbujcie śpiewać poprawnie waląc łapami w cokolwiek. Życzę przyjemności podczas projekcji.
Tracklista: (podział na akty wg autora)
I:
The Iron Sea | Everybody’s Changing | Put it Behind You | Nothing In My Way | We Might as Well Be Strangers | Bend and Break | Can’t Stop Now | Try Again
II:
Your Eyes Open | The Frog Prince | Hamburg Song | Fly To Me
III:
Leaving So Soon? | This Is The Last Time | A Bad Dream | Somewhere Only We Know | Is It Any Wonder?
Encore:
Broken Toy | Atlantic | Crystal Ball | Bedshaped
•






Odzewy ze świata