Bez dwóch zdań – warszawski występ zespołu The Cure z Crawley w Wielkiej Brytanii zakończył się pełnym sukcesem. Tako rzeczę ja i jaźń ma.
Hala Torwar zlokalizowana przy skrzyżowaniu Trasy Łazienkowskiej i Wisłostrady jest najmniejszą prawdopodobnie salą, w której wystąpią muzycy podczas całej europejskiej części aktualnego tournee, o wyszukanej nazwie „The Cure 4 Tour 2008”. Wstydem wielkim byłoby, gdyby koncert ten nie został sprzedany do ostatniego miejsca. Jeszcze większym uchybieniem, byłoby się tam nie pojawić, niezależnie od ilości wysłuchanych odtworzeń poszczególnych płyt, czy obecności na koncertach w legendarnych czasach. Ale szanuję wolę tych, którzy nie chcieli rozmieniania legendy na drobne, nie chcieli, by młodzieńcze przeżycia musiały ustąpić aktualnym, podszytymi gonitwą codzienności i multimediami z kieszeni. Jednak to grono osób, które wykazało się odwagą, nie może żałować podjętej decyzji.
Tezę tę postaram się udowodnić w tradycyjny sposób, czyli za pomocą pisma.
Staram się uniknąć porównań z koncertem łódzkim z 2000 roku – byłem wtedy zmęczony, w okresie krzepnięcia w nowej rzeczywistości. Niewygodna i nerwowa podróż, ból głowy skutecznie przytępiły mi percepcję. Największa radość popłynęła wtedy z samej obecności idoli w tym samym budynku i tego, że „Bloodflowers”, wtedy ostatnia płyta zespołu, jest płytą, którą bardzo lubię i koncertową wersję każdego z niej utwóru przyjmę z entuzjazmem.
Wczorajszy koncert obalił kilka tez o The Cure. Pierwsza to taka, że są drętwi na koncertach – odpykują utwory bez improwizacji, w wersjach bardzo zbliżonych do studyjnych. Nic takiego się nie zdarzyło, wręcz przeciwnie. Oto jak do tego doszło ;) Około 2005 roku Robert Smith „zrezygnował z postaci”[*1] klawiszowca, w której to roli występował niejaki Roger O’Donnell, spokojny na koncertach do tego stopnia, że fani zarzucali mu ziewanie podczas wykonywania utworów. Cóż za wielostopniowa hipokryzja Roga.;) Na jego miejsce oraz Perrego Bamonte’a powrócił do zespołu najlepszy w jego historii instrumentalista, Porl Thompson, człek o zawsze niebezpiecznym image’u. Zadaniem Pana Porla, posród wabienia fanek lepiej niż Pan Klawiszowiec było m.in. wypełnienie dźwiękami swoich gitar tła utworów, w sposób podobny jaki czyniła to elektronika spod klawiszy. Samo założenie wielce niebezpieczne! Bo jak wykonać materiał z „Disintegration” bez charakterystycznych melancholijnych buczeń? Odpowiedź dostałem w poniedziałkowy wieczór, a imię jej „Plainsong” – otwierający zarówno wspomnianą płytę, jak i koncert. To była moc, która nie puściła do końca – czysto gitarowy Kjur, ansambl teraz na wskroś rockowy, a mimo tego magiczny już w warstwie brzmieniowej. Tu gitara nie tylko malowała pierwszy plan, pięknie, powietrznie, przenikliwie i niespiesznie. I te magiczne, wydłużone z 20 sekund do ponad 100 dzwonki, niczym z mojej radzieckiej wańki-wstańki. Samo wprowadzenie w koncert było warte pieniędzy wydanych na bilet.
Nie będę opisywał każdego utworu, było ich aż 37, choć kto wie, może wymienię tytuły większości z nich. „Fascination Street” – od czasu „Trilogy” jest jednym z moich ulubionych utworów w ogóle, a na koncertach wypada wspaniale. Jest w nim niepokojąca energia – diabelsko niespożyta. Kolejną pieśnią, która mnie uradowała swoim brzmieniem, ale i energią wykonanie była „A Night Like This”, o tym jak można szukać wiedźmy przez całą noc. Dużo było dynamicznych i weselszych utworów: „Lullaby” z kapitalnym zagraniem na modłę mandolinową, a mówimy o dźwiękach, które sprawiły, że pojeby z nastroszonymi fryzurami stały się herosami estetyki, dalej „Lovesong”, „Inbetween Days” czy „Just Like Heaven”, dwa ostatnie szczególnie uwielbione przez moją towarzyszkę. :)
Z ostatniej płyty „The Cure” lubię hiciorek „The End of the World” z przewrotnym tekstem o miłości. W czasie wykonania na dekoracji pokazały się malowane dziecięcymi rękami ludziki znane z okładki płyty. Tu warto obalić tezę, że koncerty są słabo zrealizowane – multum zagranych amerykańskich gigów chyba wyczuliło producentów, że dziś publikę trzeba także przykuć wizualnie – udało się to osiągnąć nie naruszając bardzo klimatu. Gra świateł i wyświetlane sporadycznie obrazki bardzo mi się podobały, choć pewnie stroniłbym bardziej od niepotrzebnego momentami przeładowania kontrastowymi kolorami.
Show, który przygotowała grupa na ten rok jest bardzo dynamiczny, ale i optymistyczny bardziej niż zazwyczaj. Przypisywanie Smithowi jakiejś martyrologii trzeba dziś włożyć między bajki. Facet gra, rozmawia z publiką, pląsa niczym faun, a wyje przy tym czysto jak dzwon z chińskiej bajki i unika piosenek z okresu depresyjnego – zwłaszcza z płyty „Faith”. Takiego idola oczekuję – pewnego swoich wybryków :D Kolejna odmiana.
W programie koncertu pojawiły się również znakomite utwory z płyty „Pornography“, obok spodziewanego „One Hundred Years“ były jeszcze „A Strange Day“, „The Figurehead“ i „Hanging Garden. Pierwszy z nich zaskoczył szczególnie słuchaczy — do tej pory podczas tej części tournee grupa nie grała tych utworów. Te akcenty podkreśliły jeszcze bardziej wyjątkowość wydarzenia, muzycznie jak i mentalnie.
Koncert trwał ponad trzy godziny. Mnóstwo bisów, być może nawet zespół był skłonny zagrać ich więcej, ale publiczność zasiadająca w stolicy nie zawsze wykazywała się refleksem i wymaganą w takich przypadkach odrobiną pozytywnego fanatyzmu. Pokrzyczałem sobie nawet, mimo sporego oddalenia od sceny podczas „Play for Today“, co wprowadziło niepokój w panu siedzącym obok mnie — przez cały koncert narzekał do swojego kolegi, że nuda, że nic specjalnego, okazało się, że rozpoznał tylko Lullaby, a chwila kiedy zamilknął okazała się tożsama z tym, że zasnął ;D
Skończyło się tak szybko jak się zaczęło, to było mgnienie oka, no może 37 mgnień. To była fantastyczna wyprawa, dziękuję współuczestnikom za wspaniałe chwile.
Program koncertu:
Plainsong | Prayers For Rain | Fascination Street | A Strange Day | alt.end | A Night Like This | The End of the World | Lovesong | Pictures Of You | Lullaby | Figurehead | From The Edge Of The Deep Green Sea | Please Project | Push | Inbetween Days | Just Like Heaven | Primary | A Boy I Never Knew | Us or Them | Never Enough | Wrong Number | Hanging Garden | One Hundred Years | Disintegration
Na bis:
(1) At Night | M | Play for Today | A Forest |
(2) Let’s Go To Bed | Freak Show | Close To Me | Why Can’t I Be You?
(3) Boys Don’t Cry | Jumping Someone Else’s Train | Grinding Halt | 10:15 Saturday Night | Killing an Arab
Czas trwania: 3:10
–
przypisy
[*1] „zrezygnowanie z postaci“ zaczerpnąłem z filmu „Truman Show“, gdzie imperator-kreator ze studia telewizyjnego opowiada o tym jak uśmiercił wkurzającego go aktora





