Jako dziecko uwielbiałem słuchowiska radiowe i bajki na kasetach. Dziś, gdy mi czas i życiowy zgiełk pozwoli, sięgam chętnie po audiobooki, czyli książki w formie dźwiękowej. Ostatnio w przystępnych cenach publikowała je Gazeta Wyborcza w serii „Lektury obowiązkowe“, a wcześniej, w mniej przystępnych, w cyklu „Mistrzowie Słowa“. Cześć tych pozycji legalnie nabyłem, cześć sobie odpuściłem. Archiwa są cenne, ale nie aż tak ;) Słucham też sporadycznie „Pieśni Lodu i Ognia“ George’a R. R. Matina w wydaniu oryginalnym. Zapałałem chęcią nagrania książek, których w polskich zasobach nie ma, a do których ja chętnie wracam i poleciłbym z czystym sumieniem innym. Zagadnienie to, choć amatorskie z założenia i efektu, staram się zgłębić solidnie: dykcja, intonacja, sposoby interpretacji, sprzęt i oprogramowanie do nagrywania — to niezbędne składniki dobrej powieści dźwiękowej.
Podstawową kwestią — zdecydowanie bardziej zaawansowaną niż ranga sprawy — jest przyjęcie sposobu czytania. Czy ma to być odczytanie na zasadzie dobrego lektora, który nie przeszkadza, czy raczej interpretacja na głosy? Przykłady pokazują, że najlepsze są rozwiązania pośrednie, skłaniające się jednak ku spokojnej narracji. Tak jak „Mistrz i Małgorzata“ Bułhakowa w audiobooku Henryka Boukołowskiego. Idealne :) Pozostaje mi tylko starać się naśladować wielkich, o jakimkolwiek procencie dorównywania nie myśląc.
Na pierwszy ogień proponuję „Jesień w Pekinie“ Borisa Viana, mistrza absurdu i nostalgii. Powieść obfituje w karkołomne dla czytającego w myślach passusy, a co dopiero przesłuchać to z jako takim skupieniem i zrozumieniem. Jednak podejmę swój narcystyczny trud :) Może kiedyś to doświadczenie pomoże nagrać mi jakąś umilającą życie literaturę, niekoniecznie swoim głosem.
Odcinek 1 — tu daunlołduj.
Obecne zaawansowanie prac można odsłuchać na humyo.com.●






Pingback: Przesiewanie codzienności: Gruby Feniks? - ale czy sie odrodzi, to zobaczymy w playoffach.
Pingback: Audioprojekt 001 zakończony!: