Z fajerwerkami przeminęło wielkie święto przepychu współczesnego świata. Na temat olimpizmu powstało mnóstwo tomów, na temat pekińskich Igrzysk powiedziano pewnie więcej niż o wszystkich dotychczasowych Igrzyskach razem wziętych, wystarczy że chińska prowincja uświadomiła sobie istnienie tego zjawiska i zaczęła o nim mówić, chociażby od niechcenia.
Pozostając w świadomości wielkich kłopotów świata i Polski związanych ze sportem olimpijskim, dziś, na przekór sobie, postanawiam wyróżnić momenty pozytywne, a (prawie) wszystkie negatywy przemilczeć.
Oto co zapmiętam.
Jeziorko z czcionek na płycie Ptasiego Gniazda, jak nazwano główny stadion, czyli bardzo efektowne otwarcie. Błyskotliwe pomysły i relacja telewizyjna pozwoliły przyćmić gigantomanię z jaką mieliśmy do czynienia w rzeczywistości. Dzięki temu odbiór był spokojniejszy i bardziej indywidualny.
Radość i wzajemne gratulacje na podium strzelczyń z Rosji i Gruzji. Taki gest, w dodatku w sporcie mocno związanym z militariami, w relacji telewizyjnej wypadł bardzo naturalnie i poruszająco. Ale wiele to nie dało…
Ekspresyjne nad wyraz zachowanie chińskich sportowców — po wygranej mogli wreszcie przestać zachowywać się jak roboty. Co ciekawe, trener płotkarza Liu Xianga nie krył emocji całkiem odmiennych. To tyko świadczy, że i wychowani w posłuszeństwie wobec większego dobra Chińczycy także są wrażliwymi i emocjonalnymi ludźmi, ale również z jakimi napięciami musieli się borykać przez ostatnie lata.
Luz Tomasza Majewskiego, którego nie tylko ze względu na złoty medal, można nazwać najważniejszym sportowcem polskiej ekipy. Pewny swego i zdystansowany, błyskotliwy, wspomagający kolegów, dający się łatwo wypatrzeć w tłumie podczas zakończenia. Człowiek nietuzinkowy, w kontaktach z mediami zabójczy — skutecznie zbijający z tropu dziennikarzy wychowanych na kompleksie braku testosteronu i chodzących na pasku tzw. oglądalności. Człowiek nietuzinkowy, nowa jakość.
Proponuje małe interludium z naszym sympatycznym brodaczem w roli koszykarza:
Zadziornego Leszka Blanika, mistrza nie przebierającego w ambicjach i słowach, który w CV może śmiało wpisywać heteroseksualne dziedzictwo.
Po prostu twardziel fantastycznie uprawiający bardzo karkołomną dyscyplinę. Dodatkowo tak niewiarygodnie skuteczny, potwierdzający swoją wysoką pozycję faworyta.
Łzy polskich medalowych załóg wioślarskich, tych niespodziewanie srebrnych i tych spodziewanie, i z wielką klasą, złotych. Piękna dyscyplina sportu i żelazna dyscyplina w przygotowaniach i startach.
Nonszalancja Usaina Bolta, po raz pierwszy tak akceptowana bez zgrzytu. Po prostu mistrzowi wybacz się wszystko — wyniki, choć oczywiście te zawsze mogą wzbudzić kontrowersje, skutecznie wyciszyły malkontentów. Nie wspominając o przeciwwadze jaką stworzyła wobec wyczynów Pana Pływaka. Ale to jest Ameryka, „to osobny rozdział“.
Grzegorza Tkaczyka, szczypiornistę i Marcina Dołęgę, ciężarowca, chcę pochwalić za szczerość. Za to że nie bali się przyznać do porażki, chyba jako jedyni w polskiej reprezentacji, bez opowiadania bajek o złych wkładkach w espadrylach i przegrzanych od chuchania działaczy komorach kriogenicznych.
Pamiętne będzie także odliczanie medali na koniec imprezy. Ta srebrna sobota z pobudzoną pod kolarskim trykotem Mają Włoszczowską ;) i wyraźnie zaangażowaną w walkę o lepszą przyszłość Anetą Konieczną z koleżanką, królowe polskich kajaków.
Medale odliczono i wyszło że powtórka z ateńskiej klęski stała się faktem. A jednak było to podobno wielkie zwycięstwo — przełamanie „kilkunastoletniego impasu, tendencji spadkowej w polskim sporcie“. Nawet nie mam siły tego rozwijać. Szkoda, że głupie kpiny ludzi bez honoru są na topie, a media najczęściej do tego dokładają swoją nowomowę. Niestety ludzi nie interesuje prawda — wypocony na treningach sukces życiowy młodego człowieka, który staje się sportowcem klasy mistrzowskiej i który nawet przy zajęciu 15 miejsca nadal jest w absolutnej światowej czołówce. Którego może przez kontuzję lub inny splot okoliczności czekać los pariasa dymanego przez grubych panów ze związku znających wspólnie 1/4 obcego języka, najczęściej słowiańskiego. Wszystkich interesuje tylko co on zrobił dla nas, głodnej medali i sukcesów zakompleksionej narodowej gawiedzi, a nikt nie pomyśli ile poświęcenia i przeszkód musiał ten człowiek pokonać. Jak mało ludzi zdaje sobie sprawę, że gdy przychodzi do ostatecznego wysiłku narodowość przestaje mieć znaczenie. Istnieje tylko wojna umysłu z ciałem, której, paradoksalnie, efektem powinna być harmonia tych dwóch elementów. Szanujmy trud wszystkich którzy tę walkę podejmują. Nawet pływaków… ;) ●






Odzewy ze świata