Zaloguj się Registration
Przejdź do treści

Za milą mila pustych stron

Oooooooooh! Keane wydali płytę? Oooooh! To Przesiewanie wciąż nadaje? I jaki ade­kwatny tytuł do całej sytu­acji nosi ten wpis ;) Zanosi się na kolejny mega­post, zatem wzorem nie­któ­rych opra­cowań zamieszczę na początku abs­trakt. W kate­gorii „rynek muzyczny 2008″ płyta jest niezła. Jeśli chodzi o bry­tyj­skie trio płyta jest nie­stety bardzo prze­ciętna. Bardzo ładną recenzję można sobie przy­swoić na spe­cja­li­stycznym blogu muzycznym tutaj. Moja ocena koń­cowa jest podobna, czyli 3, no może z plusem.

Keane na pewno nie jest w Polsce zespołem niszowym. Radio gra ich chętnie, a płyty sprze­dają się jako tako. Chłopaki pod batutą głów­nego kom­po­zy­tora i kla­wi­szowca Tima Rice-Oxleya zapra­szają nas w trzecią podróż — znów inną. Pierwsza płyta „Hopes And Fears“ była wypeł­niona pięk­nymi for­te­pia­no­wymi melo­diami, lekko szan­so­ni­stycznym kli­matem, nie­win­no­ścią kom­po­zy­tor­skiego geniuszu i tek­stami o wzlo­tach i upad­kach. Nic dziw­nego, że odniosła ogromny sukces komer­cyjny. Superdebiuty bywają zgubne — drugie wydaw­nictwo „Under the Iron Sea“ nie cie­szyło się już tak powszechnym uwielbieniem.

Mimo nie­za­prze­czalnie mniej­szego w nim poten­cjału na hity uważam je jednak za wydaw­nictwo cie­kawsze. Muzycy zapre­zen­to­wali ostrzejsze brzmienie, momen­tami nie­po­ko­jącą elek­tro­nikę. Teksty mniej spon­ta­niczne, bar­dziej prze­my­slane, ściśle odwo­ły­wały się do wyda­rzeń z burz­liwej, choć kró­kiej historii zespołu, przy tym były dość uni­wer­salne, pasu­jące do sytu­acji, w której może się zna­leźć każdy. Dla mnie „Bad Dream“ to pio­senka o opusz­czonym czło­wieku, pełnym goryczy, a nie o żołnierzu w oko­pach wojny, jak było w zamiarze twórców. Z resztą jedno dru­giemu nie przeczy.

Nadszedł czas na trzecią płytę. Na ofi­cjalnej stronie można było prze­czytać, że chło­paki podró­żują po Europie w poszu­ki­waniu natchnienia i nagry­wają. Głównie w Berlinie, ale to raczej bez real­nego zna­czenia, choć praw­dziwi Angole zamiast nagrywać płyty w swych wiel­kich domach w oko­licy sielsko-wiktoriańskiej muszą być prze­ga­niani z kąta w kąt, ze studia do studia? Nie stać ich? Czy po prostu spece z wytwórni pły­towej dokrę­cają śrubę robiąc przy tym wielkie pozy­tywne halo. Niepokojące to wszystko było, ale co jak co, myślałem — Keane są za młodzi na popa­danie w rutynę i wypalenie.

„Perfect Symmetry“ uka­zała się w Polsce jakoś w połowie paź­dzier­nika, ale tydzień wcze­śniej można było na last.fm słu­chać bez­płatnie wszyst­kich utworów prze­ty­ka­nych komen­ta­rzami muzyków. Nowoczesna pro­mocja, nie ma to tamto. Cóż powie­dzieć, byłem zasko­czony, ale pomy­ślałem, że to dobrze. Po prostu muzycz­nemu mon­ste­rowi wyrosła trzecia noga, teraz tylko trzeba uważać żeby nie wyszło z tego dzi­wadło. Płyta weselsza, bar­dziej zawa­diacka, elek­tro­nika z przy­tła­cza­jącej siłą żela­znych fal zmie­niła się w taką przeszkadzajkową.

No to start. „Ooooh!“ w utworze „Spiralling“ zabrzmiało jak jakiś kabaret. Taki też jest clip do utworu, ale mi to nie prze­szkadza wyć razem ory­gi­nal­nymi wyko­naw­cami, świetny wstęp. „Lovers Are Losing“ i „Better than This“ sobie są, niezły pop. I ja to pod­kreślę — nie żaden piano-rock, po prostu pop. „You Haven’t Told Me Anything“ ładna pio­senka, cie­kawa, to już jest pop bardzo dobry, zde­cy­do­wanie jasny punkt tej asy­me­trycznej płyty. Utwór tytu­łowy o krę­tych ścież­kach życia, bła­hych pozo­rach i tęsk­no­tach, które pro­wadzą do bólu , bardzo poważny, wręcz pate­tyczny, sta­nowi w war­stwie tek­stowej twórcze roz­wi­nięcie tematów z poprzed­nich płyt. Dominujący for­te­pian, chórki dopra­co­wane, autorzy twierdzą, że to naj­lepszy numer jaki nagrali w życiu, na szczę­ście kłamią (moż­liwe, że siebie samych także) w imię mar­ke­tin­go­wych potrzeb. Ale gdy Tom śpie­wa­jąco wrzeszczy „wrap your­self around me“ to jest w nim taka mie­szanka bła­gania, żalu, nakazu, że nie pozo­stawia mnie obo­jętnym. Naprawdę solidny kawał roboty. Potem sprawy ule­gają kom­pl­kacji — na żadnym etapie nie tra­wiłem utworów „You Don’t See Me“ i „Playing Alone“ — toż to gnioty nudą smier­dzące, przy któ­rych „Bedshaped“ z piew­szej płyty bal­ladą wzor­cową i prze­lekką jest. Taneczny, w złym tego słowa zna­czeniu, „Again & Again“ bez ironii lubię, choć byłem bardzo zdzi­wiony, że nie usły­szałem na wokalu Roda Stewarta. „Black Burning Heart“ to utwór mający wiele cech całej płyty, obecnie mój ulu­biony, znowu gdzieś gościa gna, daleko od domu, wszystko mu się zama­zuje, traci punkt odnie­sienia… pewnie kopci jointy w kon­cer­towym auto­busie. Zaraz? Jakie jointy? Przecież to zupełnie inna liga, coś mi sie pomy­liło. Ale kawałek jest przedni i znowu to wycie pod koniec, tym razem gło­szące „zawróć!“. Utworu ostat­niego mogłoby nie być. Nie chce nikogo obrazić, ale to mógłby nagrać jakiś polski wyko­nawca. Aha, i jeszcze kolejny kawałek kaba­re­towy pt. „Pretend That You’re Alone“ — mam symaptię do tego numeru, ale na gra­nicy dopusz­czal­ności. Lubię linijkę, że „jesteśmy tylko mał­pami, które spadły z drzew, gdy chciały nauczyć sie latać“.

Moje zazna­ja­mianie się z mate­riałem trwa już długo i w pewnym momencie dopadł mnie syn­drom inży­niera Mamonia, którym nota bene prawie jestem, bo melodie, które zasły­szałem zaczęły podobać mi się jeszcze bar­dziej. Na szczę­ście prze­szło mi, zacząłem wsłu­chiwać się głę­biej, mysleć co mi z tego zostało. Efekt przy­to­czyłem powyżej.

Dawno, dawno temu, w maga­zynie 「Rock’n’Roll」 znany redaktor Filip Ł. zre­cen­zował płytę Lecha Janerki 「Piosenki」. W tek­ście tym zawarł mnó­stwo swojej muzycznej eru­dycji i wiele utworów przy­równał do ist­nie­ją­cych wcze­śniej. Pomyślałem wtedy, że to jakiś non­sens tak pisać. Tym bar­dziej, że całe to 「porów­ny­wanie」 miało za zadanie udo­wodnić posta­wioną tezę, że album jest raczej nie­udany. Ale co ma zrobić osłu­chany i wyczu­lony słu­chacz jeśli dźwięki zaczy­nają mu się z czymś koja­rzyć? Bardzo trudno się potem wyplątać z tego i prze­konać mózg, że to prze­cież artysta ulu­biony, ory­gi­nalny. Przy okazji opi­sy­wa­nego tutaj dzieła, czytaj, roboty o dzieło, zasły­szałem The Cure z okresu „The Head On The Door“, zasły­szałem U2, a nawet przez kilka sekund jakby śpiewał Bierut. Tak kochani — miasto może śpiewać. Śpiewać może każdy. Byłbym jednak nie­spra­wie­dliwy. Sprawność Toma Chaplina jako woka­listy nie budzi zastrzeżeń, mało tego, śmiem twier­dzić, że to jego arty­styczna odwaga ura­to­wała tę płytę. Podoba mi się energia jaką daje on pio­senkom, nie­które impo­nują siłą i szcze­ro­ścią. Frontman kapeli naprawdę nie waha się w swych wybo­rach wokal­nych. Tego ocze­kuję od artysty.

Czyżby zatem nawalił Tim? A może kon­cept zro­bienia czegoś nowego na siłę? A może nadana muzyce forma miała być pro­du­cencką metodą odcią­gnięcia uwagi słu­chaczy od mniej bły­sko­tli­wych niż poprzednio kom­po­zycji? Coś za dużo pytań pan tu zadaje;) Odpowiedzi poszu­kajmy sobie sami słu­chając muzyki. Tego nie zaburzy nawet naj­bez­czel­niejszy domo­rosły recen­zent. Ja na ten przy­kład lubię sobie „Sy
metrii“
posłu­chać i… nie mam roz­dwo­jenia jaźni.

(:

PS Trzecim peł­no­prawnym człon­kiem zespołu jest per­ku­sista Richard Hughes, o którym więcej napiszę przy okazji relacji z kon­certu Keane’a, który miałem przy­jem­ność oglądać. 

Na DVD.•


Krótki link do tego wpisu: http://ymk.in/kea
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Google Buzz
  • Add to favorites
Bookmark and Share

Odzewy ze świata

Losowe wpisy

Subskrybcja//syndykacja

Najświeższe wpisy z Ainunau.net prosto do Twojego czyt­nika RSS.
RSS jest głupi? Skorzystaj z alter­natyw:
uaktualnienia na mail@marciooFacebook PageiGoogle