Zabijają się znów w świecie i pewnie nie wypada za bardzo się teraz przejmować głupotami, ale coś wyjątkowego należy uwiecznić. Sport interesuje mnie coraz mniej, ale i tak dużo bardziej niż tzw. wielki sport. Tę tendencję zapewne podtrzymają wydarzenia sobotniego wieczoru. Po raz 74. wręczono nagrody dla najlepszych polskich sportowców w plebiscycie “Przeglądu Sportowego” i TVP. Wyróżnienia te mają swój niewątpliwy prestiż w świecie sportu, zapewne da się dziś także przeliczyć to na marketingową wartość.
Piszę o tym z jednego powodu – po raz pierwszy w powojennej historii plebiscytu nie wygrał go w roku letnich igrzysk olimpijskich medalista tej imprezy. Tym razem wygrał przedstawiciel dyscypliny nieolimpijskiej – Robert Kubica. Nie zamierzam dyskutować z tym, że Kubica jest zawodowym sportowcem, wzorowym i wybitnym przedstawicielem swojego zawodu. Nie zamierzam także dyskutować z tezą, że wyścigi samochodowe, F1, czy rajdy, to sport. Interesuje mnie jak to się dzieje, że kibice ciągle tkwią w potrzasku narodowego kompleksu i pod niebiosa wychwalają ludzi, którzy są bardziej ikonami niż faktycznymi zwycięzcami. Doceniają głównie to, że można się tym kimś pochwalić na urlopie za granicą, niż rzeczywiste osiągnięcia. Dominuje kult popularności i pieniądza, nawet w sporcie. A przecież uważamy się za naród mądry i co ważniejsze, niezależny.
A może nie ma wcale nic złego w tym co się stało. Może zwyczajnie wielki facet z brodą pchający kawałkiem żelastwa to frajer i outsider, a mały facet skaczący przez to coś i wywijający fikołki to jakiś niewiadomo kto. Za to jak ktoś ma samochód… ooo, to już jest panem wyobraźni. Zamkniętej w dziurach naszych szos, różowych strojów Rabczewskiej czy tvn-owskich seriali o pięknych i młodych. Naszemu złotemu kulomiotowi, Tomaszowi Majewskiemu, najbardziej wyluzowanemu mistrzowi olimpijskiemu, nie udało się ukryć rozczarowania takim rozstrzygnięciem plebiscytu (a może, jako chłop szczery, niczego ukrywać nie chciał?). Bo pomijając jego indywidualne oczekiwania, jest to porażka Igrzysk, odarcie ich z tej świętości, która każe nam zamierać podczas transmisji. Tak było w latach 60. i 70., czas płynął wolniej, atrakcji było mniej, a boks był królem, przyjemnie było sprać po mordzie bratni naród, excuse le moi, udowodnić wyższość w szermierce na pięści . Dziś młodemu kibicowi łatwiej zrozumieć zawodnika piłkarskiego mistrza Hiszpanii z dalekiego Kamerunu albo jakiegoś steryda z USA, niż czterech panów z łódki, nie licząc koralików. To telewizja i także internet (np. obserwowanie Shaquille’a O’Neala na twitterze) zbliża nas do interesujących wydarzeń, codzienność stała się niezwykle ekscytująca. Przecież nie będziemy kazali małemu kibicowi żeby porzucił idoli skoro są na wyciągnięcie ręki. Ja też mając w 1982 roku to co mamy dziś miałbym świra na punkcie Bońka, Smolarka, Laty i Młynarczyka. Choć w sumie miałem i bez tego.
Może jestem niesprawiedliwy, może Kubicy pomogła skromność, powściągliwość, regularność i jako taka skuteczność? Nie jest gazetowym amantem, nie jest krzykaczem w typie pięknych florecistek. Jest sporym przedsiębiorstwem, odnoszącym sukcesy wszelkiej natury, a przede wszystkim wydaje się być normalnym człowiekiem. Choć jeśli jego udziałem mają być wielkie tytuły lepiej by do szaraków nie równał. Życzę Krakowianinowi sukcesów, gdy te przyjdą, sam będę na niego głosował, choćby w roku olipmijskim, choćby miał mu zagrozić jakiś rodak o talencie Michaela Phelpsa.
•





